wtorek, 2 sierpnia 2011

Cieszyn cz.2...

Z racji tego, iż nadal pada pokażę zdjęcia z tej cieszyńskiej Wenecji skoro był to jedyny słoneczny dzień w całym moim urlopie, chociaż też nie w pełni,bo po południu i tak padało.
A więc zaczniemy od zejścia ulicą Głęboką, niegdyś zwaną Polską. Idąc w dół po lewej stronie w podcieniach wpadły mi w oko śliczne, raczej bardzo stare kafle ścienne. Z miłą chęcią bym takie widziała u siebie na ścianie... 




Ulica Stary Targ, jak widać do dzisiaj zasługuje na swoje miano.


U wylotu ulicy kierujemy się w lewo, w stronę mostu Przyjaźni.
Tu juz widać pierwsze budynki w czeskim Cieszynie.

Z mostu możemy popatrzeć na stronę polską
i na stronę czeską z ładnym dużym parkiem nad brzegiem rzeki.


Wracając z mostu wchodzimy w pierwszą ulicę w prawo i już jesteśmy na ulicy Przykopa.
Bardzo obiecujący widok jaki się rozpościera przed naszymi oczami wabi do siebie kusząco swoim spokojem i wrażeniem zatrzymania czasu. Brukowana, a nie asfaltowa droga. Stare, chociaż elektryczne latarnie. Omszałe mury pokryte winobluszczem.


Gdybyśmy mieli wątpliwości gdzie zmierzamy, podpowie nam to nie znak, a latarnia.

Nazwa Wenecji wzięła się właśnie od tego małego potoczku płynącego wdłuż raz prawej, raz lewej strony drogi. W dawniejszych czasach przy tej ulicy mieściły się warsztaty rzemieślników, którzy z racji zawodu potrzebowali dostępu do bieżącej wody.


Ten uroczo wyglądający domek kryje w swoich podwojach restaurację, do której dostajemy się po mostku przerzuconym nad rzeczką. W pogodne dni można usiąść w ogródku, a w deszczowe, nic nie tracąc z widoku, schować się w oszklonej werandzie obok chałupki.





Nawet na latarni znajduje się nawiązanie do historii, a mianowicie orzeł Piastów cieszyńskich, który był w godle Księstwa cieszyńskiego i jest do dzisiaj w herbie Cieszyna.


Zapuszczając się coraz głębiej w ten jakby zapomniany zakątek, odkrywałam co rusz same "perełki". W końcu baterie w aparacie zaczęły odmawiać posłuszeństwa, co uznałam za absolutny sabotaż jakiejś ciemnej siły :) Nie bylo szans na jakikolwiek kiosk w tym miejscu, więc męczyłam aparat, żeby chociaż zrobić jeszcze tylko to jedno zdjęcie i jeszcze jedno i jeszcze... Wyłączał się czasem nawet zanim zdążyłam zdusić przycisk migawki, ale moja upartość i tak nie dała za wygraną. Tylko dzięki temu dzisiaj zobaczcie moimi oczami ta opustoszałą w środku dnia uliczkę.




















Ostatnim razem tu będąc żałowałam, że nie zrobiłam kilku zdjęć, więc tej okazji nie mogłam przepuścić. Jest to warsztat kaflarza- zduna. Patrząc na te kafle zapragnęłam zostać posiadaczką pieca dla samej tylko przyjemności posiadania takich  kafli. Chociaż gdyby przyszło do wyboru, to nie umiałabym się zdecydować na jeden wzór. Są takie śliczne, że w końcu ucieszyło mnie to, iż pieca kaflowego w moim domu mieć nie mogę i tym samym nie doświadczę bezsennych nocy na rozmyślaniu, które z nich wybrać :)

Jeszcze tylko zaciekawione spojrzenie rzuciłam na płaskorzeźbę na jednej z kamieniczek, którą czas już połowicznie zatarł i odczytać nie można co tam jest napisane.

W drodze już powrotnej w stronę rynku w głebi bocznej ulicy zahaczyłam okiem o ładnie zdobioną fasadę i uprosiłam aparat, aby się nade mna jeszcze ten ostani raz zlitował. Niestety już nie miałam czasu zapuszczać się bliżej, ale czyż nie jest dobrze zostawić sobie czasem odrobinę na potem? Żeby przy kolejnej wizycie mieć o co prosić aparat? :)
Może, jeśli pogoda dopisze w niedziele wybiorę się na Targ Staroci, który tu się odbywa w pierwszą niedziele miesiąca.

Z miejsca, w którym kalosze i parasol są na liście numerem jeden pozdrawiam ciepło tych, którzy pamiętają jak wygląda wakacyjny, ładny dzień.

Do zobaczenia niebawem - Agnieszka.

piątek, 29 lipca 2011

Cieszy mnie Cieszyn...

Dzisiaj zabiorę Was na małą wycieczkę do bardzo urokliwego miasta, które urzeka mnie za każdym razem gdy je odwiedzam, czy jest to lato czy jesień... Ma swoją małą Wenecję i historię dwunastu stuleci... Gdy tam ostatnio dotarłam nie miałam umiaru w naciskaniu migawki, więc bardzo możliwe iż okaże się, że konieczny jest podział nawet na dwa albo i trzy posty... Jeśli lubicie oglądać zdjęcia miejsc, to gwarantuję, że ten wpis jest dla Was...
Miasto to pewnie niektórzy mieli nie raz na trasie swojej podróży, gdyż jest to miasto graniczne, ale czy uda mi się Was zachęcic do tego, aby kolejnym razem zatrzymać się tu na chwilę?


A więc zaczynając wizytę nie udałam się wprost na rynek, ale pobocznymi ulicami obeszłam go dookoła. Pierwsza fasada, która wpadla mi w oko kryła w jednej swojej cześci małą, ale uroczą galeryjkę z rzeczami w stylu prowansalskim.

Wogóle to co mi się bardzo podoba w tym mieście to dbałość o spójność wizualną, co się objawia tym, że sklepy mają ładne drewniane witryny, nie ma też tyle jaskrawych reklam, które czasem szpecą ładne budynki. Latarnie i lampy są stylizowane, a szyldy sklepowe są miłe dla oka. Zresztą zobaczcie sami...













Nawet znana sieciówka musiała zrezygnować ze swoich kolorów na rzecz ogólnego dobra :)

Pomniki to też kolejna rzecz, na którą często się tu można natknąć.












W bocznej uliczce od rynku, przy muzeum znajduje się bardzo ładny park, który odwiedza wiele rodziców z dziećmi.










Wreszcie ci, którzy do tego momentu wytrwali mogą wychynąć zza rogu i zobaczyć rynek w pełnej krasie z odrestaurowanymi kamieniczkami i ładną fontanną w centralnej części. W lecie obrzeża rynku okalają liczne ogródki tutejszych restauracji i kawiarni.













Tym elementem miejskiego krajobrazu zakończymy tą część naszego spaceru, aby kolejnym razem udać się do bardzo klimatycznego zakątka zwanego cieszyńską Wenecją.

Pozdrawiam najbardziej cierpliwych :)

Agnieszka.


P.S. Od 19-21 sierpnia dla mieszkających niedaleko i chętnych nauczenia się różnych rzeczy polecam festiwal "Make it yourself" w Cieszynie. Byłam w tamtym roku i warsztaty bardzo mi sie podobały, a koszt to zaledwie kilka złotych.

poniedziałek, 25 lipca 2011

Pełnia lata...

Wakacje mijają zdecydowanie za szybko. Szczególnie jeśli się pracuje i do dyspozycji ma się znacznie mniej wolnego czasu niż w czasach szkolnych. Dwa tygodnie urlopu to zaledwie jak mrugnięcie okiem:) A może lepiej nawet o tym nie wspominać? Chciałoby się te nieliczne ciepłe, słoneczne dni pozamykać w słoikach i zachować jak zapasy na zimę. Tym bardziej, że pogoda płata figle i niektóre dni wcale nie dają odczucia, że jest lato. Nadrabiam sobie te braki wprowadzając się w miły nastrój. Wystarczy, że w sypialni powieszę granatowo-białe zasłony, dodam pościel w paski i kilka muszli, a od razu czuję się jak w nadmorskim domku. Zresztą czerwień, granat i biel lubię nie tylko w wystroju, ale też w ubiorze. Brakuje mi tylko do szczęścia szumu morza i ciepłych promieni słońca, a tu dzień po dniu wita i żegna nas deszczem i coraz chłodniejszą temperaturą. Nawet Bianka nie ma ochoty wyjść na dwór tylko śpi całymi dniami...
Pomimo tego urlop spędzony w domu też może być fajny i udany. I nawet taka czynność jak malowanie przedpokoju może być zabawą. Spędziliśmy dwa dni na poprawkach, bo jedna ściana była oporna i malowaliśmy ją aż cztery razy. Żartowaliśmy, że jak tak dalej pójdzie to się przejście zaraz zwęży. Dzięki temu, że humory dopisywały czas miło zleciał. A poczucie, że odmiana będzie korzystna dawała jeszcze więcej ochoty do pracy. Na tym neutralnym kolorze lepiej wyglądają wszystkie meble i dodatki. Moje oczy drażniła jeszcze tylko szafka na buty w kolorze olchy, więc po dwóch dniach też poszła pod pędzel i jest biała. Szafa na razie będzie taka, bo muszę odpocząć na razie od malowania :)
Żeby nie było jednostajnie czas umilała mi praca nad zamówieniem, które musiałam skończyć w terminie. To obrazek na ślub, który pojedzie daleko w Polskę. Mam nadzieję, że się spodoba i ofiarodawczyni i młodej parze, bo wybór wzoru i ramki były na mojej głowie.
Do końca urlopu jeszcze tydzień. Mam ochotę gdzieś niedaleko wyskoczyć jeśli pogoda się poprawi, a jeśli nie to też pewnie będę spędzać czas na przyjemnościach, na które przez resztę roku nie miałam czasu. Bo dla mnie miarą udanego urlopu jest jak się czuję, a nie gdzie się znajduję.






 




Wszystkim życzę miłego tygodnia.

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Nowe nabytki...

Nowe nie nowe, ale z pewnością jeszcze nie pokazywane. Stolik musiałam wykończyć, aby go móc zaprezentować i wreszcie jest. Szafa oczywiście zdobyczna i z historią. Żaluzjowe drzwiczki, porcelanowe gałki i lustro w środku to główne powody dla których chciałam ja mieć. Nie jest wysoka,ale mieści wszystkie nasze okrycia wierzchnie idealnie.







Za niecały miesiąc mamy urlop i jednym z punktów w planie zajęć jest zmiana koloru ścian w przedpokoju. Szafa też wtedy zmieni kolor.

Stolik udało się kupić prosto od stolarza jeszcze w stanie surowym. Najtrudniejsza była decyzja w jakim kolorze zrobić blat i z trzech możliwych opcji: białej, surowej i bejcowanej wybrałam tą ostatnią, chociaż drugi blat mam w odwodzie, jak mi się ten znudzi mogę wymienić na biały. Wydaje mi się jednak, że z ciemnym drewnem lepiej wygląda.


Na koniec ostatni mój produkt...
Zrobione specjalnie dla przyjaciółki i dawnej sąsiadki w prezencie imieninowym już trafiły w jej ręce, więc mogę pokazać :)

Życzę udanego tygodnia, z dodatkowym dniem wolnym pośrodku. A niektórym pewnie długiego weekendu.


poniedziałek, 13 czerwca 2011

Ile królik daje szczęścia?


Dzisiaj będzie nieco monotematycznie, a to dlatego, że sobota upłynęła mi miło na szyciu królika dla mojej chrześnicy. Nie ma jeszcze roku, ale chcę żeby ten królik był w jej najwcześniejszych wspomnieniach. Dlatego musiałam bardzo się przyłożyć do przyszycia mocno nóżek i rączek, aby nie zostały w czasie zabawy odczłonkowane :) Specjalnie nie ma żadnych guzików ani innych ozdób, które mogłyby być zjedzone przez takiego małego pomysłowego człowieczka.
Mam nadzieję, że będzie jej się podobał i będzie dla niej tym, czym dla niektórych z nas był ukochamy miś w dziecięcych latach, a może miałyście inną ukochaną maskotkę, kiedy byłyście małe - może zdradzicie mi ten sekret...



W połowie pracy okazało się, że mi zabraknie wypełnienia na jedną nóżkę i chcąc nie chcąc musiałam rozpruć jedną poduszkę, żeby nie stracić weekendu. Dzięki temu królik nie został jednonogi, a ja mogłam go dokończyć w terminie. Mała rzecz a cieszy - jak to powiadają...
Takie moje kolejne wytwory są jak fale, które pchają mój statek do przodu i to dzięki Bogu nie na mieliznę, ale na spokojne morze, które nagradza moją pracę pieknym zachodem słońca i widokiem pieknej rafy koralowej. Bez tej miłej odskoczni cała praca nie miałaby sensu.
I jeszcze jest osoba, z którą można dzielić się wszystkim. I która rozumie twoje manualne kuku na muniu- ciągłe grzebanie w czymś w wolnych chwilach, szycie, malowanie mebli, haftowanie, szydełkowanie, dzierganie i kilka innych jeszcze zajęć...





Weekend okazał się dla odmiany pogodny, bo kilka wolnych wcześniejszych weekendów miałam bardzo nieładnych, a w tygodniu zawsze było ładnie...
Wczoraj zaczęłam nowe kolczyki z sutaszu w kolorach koralu i czerwieni oraz szaro-czarne dla pewnej koleżanki. Wieczorem odbyliśmy miły spacer po okolicy dla zmęczenia naszego czworonoga, bo ostatnio miałam kilka zarwanych nocy przez zołzę.







Kończąc tą królikową sesję pragnę życzyć kolejnego udanego tygodnia:
wśród śpiewu ptaków o poranku, pysznej kawy w miłym towarzystwie, chwil z własnymi myślami i chcociaż małym poczuciem szczęścia z tego co mamy.
Pozdrawiam Was serdecznie.
Agnieszka.

poniedziałek, 6 czerwca 2011

Kręcę i maluję...

Nie było nic do opisywania przez ostatni miesiąc, ale ostatnio zabrałam się znowu za zaległe meble i inne twórcze zajęcia i dzisiaj tylko na szybko wrzucam fotografie tychże, bo czasu nie ma na rozpisywanie i zaległości w opisach nadrobię później. A więc na początek urządzony kącik kawowy na balkonie- sprawdza się idealnie- słońce tylko z rana, w południe miły cień. Ławka kupiona surowa, więc po dniu malowania została poskręcana i w całości przezentuje się o tak:





Stolik kupiony za całe 40zł wyglądał nie bardzo przed malowaniem, a teraz jest śliczny- mówiąc skromnie...




A teraz o tym co kręcę...
Kręcę kolczyki, na razie marne próby moje, ale efekty już widać. Sutasz teraz zaczyna swoje 5 minut sławy, a więc i my u nas zaczynamy warsztaty z tego sposobu robienia niepowtarzalnej biżuterii.











To tyle relacji z placy boju, ale mam już w zanadrzu temat na kolejny post, a więc do zobaczenia.
Życzę udanego tygodnia.


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...